Poznańska Miejska Pustynia - letnie resume
Zastanawiając się co warto opisać w naszym blogu z ostatnich paru dni? Ciężką wzmożoną pracę nad stronami internetowymi? Pot ściekający z czoła i palcy programistów? Wysuszone do granic możliwości gardła? Spragnione kropelki wody pomysły? Paraafrykański design?
POZNAŃSKA PUSTYNIA
W biurze 45 stopni Celsiusza. Nikt się nie odzywa. Klimatyzacji jeszcze się nie dorobiliśmy.
Marzymy o jeziorze, wakacjach, wypoczynku, sjeście. Pustynia nas ogarnia. Atakuje. Wdziera się przez wszystkie otwory biurowe. Słychać tylko cichy szmer wentylatora. Dostojny i monotonny. Tak jakby zawsze tu był. Tak jakby był właścicielem tego studio. Wtórują mu dumne z koligacji rodzinnych małe wentylatorki w komputerach. Niestety te małe nie chłodzą nas tylko procesory i karty graficzne.
Cały sprzęt w biurze mści się za złe traktowanie. Minuta po minucie pompuje ciepło do naszego studio.
Ciepło. Tego mamy pod dostatkiem. Nawet najbardziej lodowate serca stajały. Mimo, że nikt się nie odzywa, nie ma siły po prostu. Ktoś się zatruł pomidorem na pizzy, inny odwodnił, jeszcze inny popadł w letnią depresję. Mimo wszystko na naszej twarzy pojawia się ciepły przyjacielski uśmiech. Może trochę przypomina uśmiech obłędu. Ale to nie prawda.
Mężczyźni nie muszą mówić. Nie zwierzają się. Wystarczy spojrzeć sobie w oczy i wiemy, że i tym razem damy radę. Linijki kodu leniwie wyskakują na oślepionych blaskiem słońca plazmowych monitorach. Leniwie wije się leyout. Powstają modele i kontrolery. Niczym niewolnicy w biblijnym Egipcie budujemy ogromną piramidę. Jesteśmy twardzi.
Taki jest Nathan Adler. Prawdziwe dziecko Pustyni. Król płonącego piasku. Syn Słońca.





Komentarze